sobota, 28 lutego 2015

Od Luny

Małe miasteczko w USA jak zwykle skąpane było w deszczu. Mróz dawałby się we znaki wszystkim jego mieszkańcom, gdyby nie to, że nie należeli oni do pracowitych. Gdy temperatura spadała, bez wahania wracali do ogrzanych domów, opatulając się w koce i sącząc gorącą herbatę. Ze swoich ciepłych legowisk obserwowali cały ponury krajobraz za oknami, śmiejąc się choćby na myśl o tym, że ktoś może tam teraz się znajdować.
Ale prawie dziewiętnastoletni wilkołak musiał zmagać się z siarczystym mrozem a także z deszczem, który spływał mu po policzkach. W zasadzie to nie mu, lecz jej.
Byłam jak zwykle oddalona od innych, w małym lesie otaczającym dookoła całe miasteczko. Byłam odmieńcem, wyrzutkiem losu... Odkąd dowiedziałam się o moich nadprzyrodzonych zdolnościach (a było to już jako dziecko) wolałam żyć w samotności, nie chcąc robić nikomu krzywdy.
Na pozór dzień ten był taki jak wszystkie. Nie zawierało to jednak nawet najmniejszego ziarna prawdy- dziś bowiem świat zamierzał uchylić mi rąbek swojej tajemnicy. Dziś moje odwieczne przekonanie o tym, że jestem jedynym wilkołakiem, miało okazać się nieprawdą.
Smętnym, melancholijnym krokiem ruszyłam przed siebie. Wiatr targał moje i tak już rozczochrane włosy. Wpatrzona w podłogę, nie zauważyłam przebiegającego młodzieńca, starszego ode mnie tylko o kilka miesięcy. Zderzyliśmy się i oboje upadliśmy na ziemię. Dziewiętnastolatek wstał i podał mi rękę. Uniosłam ku niemu wzrok. To był najmilszy czyn (choć tak prosty) jaki ktoś kiedykolwiek dla mnie zrobił. Wpatrzyłam się w jego oczy, jakbym miała zaraz utonąć w ich głębi. Trochę niepewnie chwyciłam jego rękę i wstałam.
(Cole? Mógłbyś?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz